Współpraca z rodzicami – 5 wskazówek

Prowadzę ten blog od pół roku i wciąż piszę o przedszkolu, dzieciach, nauczycielkach i nauczycielach (a przede wszystkich dla nich, czyli dla Was). Ale to nie wszystkie elementy środowiskowej układanki, która ma ogromne znaczenie w kształtowaniu młodego człowieka. A gdzie w tym wszystkim RODZICE dzieci?
Przedszkolaki, których edukację złożono w nasze ręce nie są przecież białą kartą, wyrwaną z kontekstu i przerzuconą w inny. Dziecko w przedszkolu to wypadkowa samego dziecka, programu przedszkola, osoby nauczycielki lub nauczyciela (sami  wiecie, że nawet w kiepskich placówkach pracują “złote” panie, a i w doskonałej znajdzie się taka, która nie do końca pasuje do wizji przedszkola) i rodziców.
Właśnie mija 7 lat mojej przedszkolnej pracy. Wcześniej przez 5 lat pracowałam z dziećmi w świetlicy socjoterapeutycznej. Spotkałam wiele wspaniałych dzieciaków i wielu rodziców i opiekunów (różnych;)).
Nie twierdzę, że widziałam już wszystko, ale wiele…Niektórych dorosłych lubię, tak zwyczajnie po ludzku. Gdyby nie powiązania zawodowe, z nimi zapewne w zwykłym życiu poszłabym do knajpy albo na koncert. Z innymi pewnie nie byłoby mi po drodze prywatnie, ale okazujemy sobie szacunek, sympatię, wspólnie rozwiązujemy ewentualne trudności. Nie może zabraknąć tych, z którymi pozornie “nie sposób się dogadać”. Muszą być, każdemu się przytrafią w pracy ludzie, którzy nie mogą się bardziej od nas różnić. Statystyka i różnice osobnicze 😉 
Czy istnieje jakiś cudowny, złoty środek jak współpracować z rodzicami dzieci? 
Jest to jedyna pewna rzecz, którą napiszę w tym poście: NIE MA cudownego sposobu. 
Podzielę się swoimi wskazówkami, może Wam się przydadzą?

1. Przedszkole ma wspomagać rodziców w procesie wychowania i kształcenia dzieci. To wynika wprost z Ustawy o systemie oświaty. Kto nie wierzy, może zerknąć tutaj. Kluczowe jest słowo “wspomagać”. Nie ma nic o narzucaniu wizji świata. Dopóki rodzice nie robią dziecku krzywdy, dopóty to dziecię może chodzić do przedszkola z lakierem na paznokciach, bawić się zabawkami nieprzypisanymi stereotypowo do płci (chłopcy lubią się bawić lalkami, serio!), na bal karnawałowy wdziewać stroje nietypowe np. przebrać się za karton, nosić telefon ojca w kieszeni kurtki i tym podobne “bulwersujące rzeczy” 😉 Wszystkie sytuacje prawdziwe 😉 I nam, nauczycielom, nic do tego, żadnego przewracania oczami! 

2. Zdecydowana większość rodziców (pomijając patologiczne, ale nieliczne przypadki, które należy zgłaszać do OPS lub Sądu Rodzinnego) chce dobra swoich dzieci. A nauczyciele? Hej, my też 😉 To grajmy do jednej bramki! Starajmy się pod tym kątem analizować męczące pytania w rodzaju: “A czy dzisiaj jadł?”, “Ile zjadł?”, “Siku było”?,  sugestie: “Poniżej 25 stopni ciepła absolutnie nie wolno zdejmować rajstop” itp. To są dwie różne rzeczy – uznać, że te oczekiwania wynikają z tak pojmowanej troski o dobro dziecka (i rodzice mają do nich prawo)  i jednocześnie z tej samej troski cierpliwie rozmawiać z rodzicami, że może jednak ich pomysł nie jest najlepszy. Ale jeśli my wyjdziemy z założenia, że mamy rację a oni chcą nam zrobić na złość, są głupi, nic nie wiedzą, bo mają tylko jedno dziecko (dowolne i milion innych) to szanse na porozumienie w błahej sprawie są marne…A co dopiero w poważnej. Edukacja rodziców to też obowiązek nauczycieli. 

 3. Jak reagujecie, gdy ktoś Was naprawdę mocno zdenerwuje? W przypadku dorosłych, (co ciekawe – w stosunku do dzieci – nigdy) ja bardzo impulsywnie. Zdarza mi się krzyczeć na ludzi, a prawie zawsze w takich sytuacjach mówię głośno i gestykuluję. Wiem, że niektórym bardzo to przeszkadza, wiem, że tak robię i…jestem w stanie się opanować w ok. 50 % przypadków. Dlatego mam bardzo dużo zrozumienia dla ludzi, którzy w chwilach wzburzenia na mnie krzyczą, serio 😉 Nie wszyscy muszą to przyjmować z pokorą, nie można pozwolić się “nakręcić”, ale w tym punkcie chcę Wam powiedzieć jedno: Nie jesteśmy cyborgami. Rodzice naszych przedszkolaków też nimi nie są – mogą się złościć, płakać, być zniecierpliwieni.  Też mogli mieć ciężki dzień w pracy, mogło im zalać mieszkanie, źle się czują… Przeprosiny są jednak jak najbardziej na miejscu, w końcu jesteśmy wzorem dla dzieci ;)))

4. Chciałam Wam jeszcze napisać o tym, że jeśli rodzice dzieci z Waszej grupy Wam ufają, to raczej w każdej sprawie się dogadacie, nawet jeśli to nie będzie łatwe. Ale jak sprawić, żeby zaufali, tak na początku? Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nie mam na to “planu” dopóki p. Ania Sowińska podczas wizyty w naszym przedszkolu nie zapytała mnie własnie o reakcje rodziców. Rzecz dotyczyła tego, w jaki sposób rodzice dzieci przyjmują koncepcję planu daltońskiego w placówce. Hmmm, w zasadzie zawsze mówili, że to dobry pomysł, dopytywali o szczegóły, przychodzili na spotkania informacyjne, śledzili postępy dzieci…Ale – kiedy zaufali? Czy ufali zawsze? Ja jestem tak skonstruowana, że ufam człowiekowi, nawet obcemu dopóty, dopóki nie da mi powodów, by to zmienić. Ale w przypadku  dziecka, takiego własnego? Z małym , bezbronnym człowieczkiem oddanym w nieznane ręce u progu życia może być trochę inaczej, nie? Z moich doświadczeń wynika, że oswojenie miejsca, osób pracujących w przedszkolu, podejścia wychowawczego, wizji placówki poprzez spotkania informacyjne, odpowiadanie na milion “oczywistych” pytań, pomaga w przełamaniu nieufności. Boimy się tego, czego nie znamy. To Wy wiecie najlepiej, co się w przedszkolu dzieje, bo chodzicie tam codziennie.W  banku czy korpo raczej nie czujecie się tak pewnie ;))) Ja np. nie umiałam ostatnio wjechać na odpowiednie piętro w pewnym biurowcu, bo winda działała tylko na kartę. I na kogo się denerwowałam? Na tego, kto mnie zaprosił na spotkanie, oczywiście!
5. Pytania oczywiste i retoryczne są takimi tylko dla Was. Skończyliście studia pedagogiczne, pracujecie w przedszkolu jakiś czas, macie koleżanki i dyrekcję do pomocy w trudnych przypadkach. A tacy rodzice mają małe dziecko, swoje doświadczenia przedszkolne jeśli pamiętają to albo mgliście, albo źle…Nie muszą się znać na edukacji dzieci, w tym celu zapisują dziecko do placówki. Nie możecie do nich mówić językiem, jak z książek pedagogicznych! “Ćwiczymy rękę i sprawność palców, żeby lepiej pisać” brzmi lepiej niż “Proszę usprawniać motorykę małą”, nie? Rodzice nie zadają pytań “oczywistych” bo lubią, oni naprawdę pewnych rzeczy mogą nie wiedzieć! “Ile czasu trwają zajęcia dydaktyczne?”, “Czy dzieci dostają widelce i noże do posiłku?”, “Czy panie pomagają w toalecie?” – takie to dla Was na studiach było oczywiste? ;)))
A czy Wy macie jakieś swoje sposoby na porozumienie się z grupą (nie tylko dzieci)?
Dajcie znać 😉
Pozdrawiam ciepło,
E.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *