Czy można zmuszać dzieci do jedzenia?

Święta już za chwilę, a ja od kilku tygodni myślę w pracy nie o Mikołajach, choinkach, prezentach, ale o …jedzeniu. Ok, o naszym Charytatywnym Kiermaszu Świątecznym też, nie mam wyjścia. Za chwilę, w różnych gazetach dla ludzi, którzy mają dużo wolnego czasu na czytanie porad, inni ludzie, którzy mają czas na ich pisanie, będą dzielić się przemyśleniami na temat tego, jak nie zjeść za dużo w święta. A co, jeśli dziecko “za mało” je w przedszkolu? 

Jedzenie, wydawałoby się taka naturalna czynność, ekscytuje i angażuje nauczycieli i rodziców bez wyjątku. “A ile zjadł/a?”, “Czy zjadł/a mięso (kult mięsa jest nieprawdopodobny) ?”, “A dlaczego nie zjadł/a?”, “A co zrobić, żeby jadł?”, “A niech go/ją Pani Mikołajem/mamą/tatą/babcią postraszy”…- znacie to? Im młodsze dziecko, tym akcent położony na jedzenie jest silniejszy. 

A co by się stało, gdyby uznać, że większość dzieci (wyłączając poważne zaburzenia odżywiania, choroby), wie, czego chce? Tak, jak większość dzieci w pewnym momencie wie, czy potrzebuje pójść do toalety, czy nie? 

Kiedy zaczynałam moją pierwszą pracę w przedszkolu nie miałam zielonego pojęcia o małych dzieciach. Studia i praktyki to konieczność, ale człowiek tam nie dowie się, co robić, gdy dziecko nie chce jeść. Innych ważnych rzeczy zresztą też nie 🙂 Miałam to szczęście, że – pracując jako pomoc nauczyciela – trafiłam na starszą, emerytowaną nauczycielkę, której daleko było do stereotypowej “przedszkolanki”. Nigdy nie usłyszałam: “Zjedz 5 łyżek za mamusię”, czy podobnych kwestii. Dzieci były do jedzenia zachęcane, nigdy nie były do niego zmuszane. 

Prowadząc grupę, nigdy nie zgadzałam się na uleganie takim fortelom. Od początku (2,5 latki!) dzieci dostawały produkty do zrobienia kanapek, komponowały  je same. Po co codziennie bawić się w zdejmowanie śladowej ilości masła z kanapki, skoro można podać pieczywo i masło oddzielnie? Dzieciaki chętnie sięgały po różne produkty, w tym np. ciemne pieczywo, bo nie było elementu przymusu. Ale były sztuczki, oczywiście, że tak, zachęcanie jest ważne. Ciemne pieczywo pojawiało się przed jasnym, warzywa przed owocami itp. 

Prawdziwa rewolucja dokonała się w czterolatkach – dzieci samodzielnie nakładały sobie obiad. Ile było przy tym sprzątania, to wiemy tylko ja i moja koleżanka, prowadząca ze mną grupę! Najlepszy tekst padł w jedną środę: “Patrz, to już jego piąte drugie danie na podłodze w tym tygodniu! “;)  Zasady były proste: nakładamy sobie tyle, ile chcemy zjeść, dokładki są jak najbardziej na miejscu. Myślicie, że nie zdarzały się sytuacje, gdy jedna osoba nakładała sobie połowę porcji przeznaczonej dla całej grupy? Oczywiście, że tak! Pierwszy raz, drugi – odpuszczałyśmy, rozmawiając o tym, że może nie warto, że można wziąć dokładkę itp. Ale za dziesiątym – trzeba było zjeść wszystko i zmienić nawyki! Po kilku ciężkich, pierwszych tygodniach, miałyśmy grupę dzieci, dla których PRZYWILEJEM było samodzielne nakładanie sobie odpowiedniej porcji. Nikt nie usłyszał: “Jeszcze 5 łyżek”, bo przecież nałożył sobie tyle, ile chciał! Ile POTRZEBOWAŁ! Nawet nie wiecie, jak małą porcję nielubianej potrawy można sobie nałożyć. Jaka to była ulga dla nas! Żadnego pilnowania, namawiania, nakłaniania, jęków i płaczu. I – co dla mnie też jest ważne – żadnego marnowania jedzenia. 

Oczywiście wcześniej powiedziałyśmy o tym rodzicom na zebraniu. Tak naprawdę nie pytałyśmy ich o zdanie 😉 tylko przedstawiłyśmy plusy takiego rozwiązania. My mamy wpływ na to, CO dziecko zje i musimy zrobić wszystko, by to jedzenie było jak najlepszej jakości. Odbyło się u nas w przedszkolu  kilka “wojen o jajka”, które popieram. Też dbam o to, co jem. Ale nie mamy wpływu na to, ILE dziecko zje, chyba, ze chcemy je karmić jak hodowlane gęsi. 

Kiedy do naszej grupy dochodziły nowe dzieci, sprawa jedzenia zawsze była dla nich kosmiczna. Nie potrafiły wyjść poza schemat: “Ile mam zjeść?”, nie rozumiały odpowiedzi: “Tyle, ile chcesz”. Nie wierzyły nam, gdy mówiłyśmy, że mogą zjeść mniej lub nawet wcale takiej potrawy, której nie lubią. To był dla nas sygnał, że w innych placówkach jest inaczej. Tym nowym dzieciom trudno było oszacować, ile jedzenia potrzebują, do tej pory ktoś za nie regulował te kwestie. Ale przecież one i tak tego nie jadły!!! Niestety, czasem na zastępstwach, obserwuję takie zachowania dzieci. To jest dla mnie czytelny sygnał odbierania dzieciom autonomii w ważnej, podstawowej kwestii. One nie potrafią się zachować, gdy stawiam na stole miskę jogurtu i mówię: “Nałóż, ile chcesz. Pamiętaj, że to porcja dla całej grupy”.  Nie dowierzają, że nic nie muszą, że nie muszą szukać wymówek. 

Miałyśmy naprawdę fajnych, zaangażowanych, ufających nam rodziców. To się samo nie zrobiło, wiadomo 😉 Nigdy nie słyszałam wątpliwości w tej kwestii. Raczej podziękowania, że na obiedzie u rodziny dziecko nie rzuca się na wszystko, co stoi na stole 🙂 

A jakby tak odpuścić to namawianie do jedzenia? Skupić się na tym, by dziecko wybrało co i ile zje? Naszą energię warto przekuć w to, by produkty podawane dzieciom były jak najlepsze. Bo dużo jest plastikowego jedzenia, które nie jest pożywieniem. Bo nie możemy się zgodzić, by codziennie na śniadanie były bułki z Nutellą, parówki i słodzone płatki. Warto skupić się na tym, by dzieci nauczyły się regulować zjadane porcje. Ale zmuszać do jedzenia? Pomyślcie, co robicie, gdy ktoś namawia Was do zjedzenia “troszeczkę, tylko kęs”, czegoś, czego naprawdę nie lubicie. Nie robicie tego sobie, nie róbcie tego dzieciom! To są ludzie, tylko trochę mniejsi!

Pomyślcie o tym podczas świąt 🙂 

Pozdrawiam ciepło,

E.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *